„Dusza z ciała wyleciała”, czyli o zmysłowych wędrówkach pomiędzy światami, czasami i zdarzeniami.

Jej Wysokość Dead Can Dance!

Lubię koncertówki – budzą lekko wykluczające się emocje. Z jednej strony człowiek dzięki nim, poprzez bliżej nieokreślony, otwór głośnika zagląda do wewnątrz, węwnątrz czegoś, co tylko jednym zmysłem może wyobrazić sobie, nazwać z drugiej zaś „ten zaglądający weń człowiek” jest jednocześnie tym, który na zaglądanie jest narażony. Tak, oto bowiem sytuacja muzyczna przez wspomniany już otwór spogląda na niego.

 

Koncertówki mają to do siebie, że pozwalają poczuć się „Jakoś”, niekoniecznie czuć dystans, ale poczuć jednoczesność bytu odbiorczego i nadawczego. Ta symultaniczność bycia nadawcą i odbiorcą, czyli zaglądającym i będącym pod wpływem zaglądania sprawia, że po prostu się „jest”. A to „jest” w obecnych czasach wcale nie jest takie oczywiste i wcale nie stanowi banału, bynajmniej. Obecnie człowiek przestał „być” a zaczął „być on-line” ze wszystkimi wynikającymi z tego konsekwencjami. Bo przecież od jakiegoś czasu, wszystko co czynione jest w życiu przez człowieka potrzebuje podbicia, wzmocnienia poprzez media społecznościowe, komentarz na blogu czy szereg fotografii, które „uprawdziwią” nasz byt. Zdaje się, że bez dowodów w sieci na nasze życie w realu przestajemy istnieć. Szaleńczo błyskotliwie w jednym z wywiadów zapytała Agata Passent o to, „czy w związku z niejako podwójnie, potrójnie prowadzonym życiem, jego czas się odpowiednio wydłuży?”

Każdego dnia wchłaniamy 34 gigabajty danych, gdyby poszukać odpowiednika takiej sytuacji to jest to 100 tysięcy słów, to tak, jakby ktoś mówił do nas bez przerwy przez 12 godzin. Jesteśmy zeszwąd atakowani przez bodźce, na które musimy reagować, które musimy klasyfikować, nazywać, ale czy to znaczy, że jesteśmy?

Dalece przyjemnie jest w obecnych czasach pobyć w sytuacji twórczej bez reszty, niemalże na wdechu, w oszałamiającym nas zachwycie, z dreszczem na całym ciele. Pobyć wewnątrz komunikatu, który przestaje być informacją a staje się emocją, emocją wspólną nadawcy i odbiorcy. Dead Can Dance od czasów swoich pierwszych produkcji i współpracy dla legendarnej już dziś 4AD sprawia, że czujemy się bliżej Absolutu, mocodajnej macierzy czy energii czystej, bo prawdziwej. Ponoć jedynie realne w naszym życiu są emocje i relacje między ludźmi, zwierzętami, zdarzeniami – takiej realności i prawdziwości dostarcza Dead Can Dance właśnie.


Długo wyczekiwany powrót a raczej ogromna radość z powodu tegoż sprawiła, że fani dźwięków z pogranicza, z pogranicza wszystkiego właściwie, sięgnęli po krążek „Anastasis” niemalże natychmiast. 16 lat dzieliło miłośników kompozycji tej formacji od emocji, które im towarzyszyły od czasów „Spiritchaser” z 1996 r. Po wieloletnich „solo tułaczkach” Brendana Perry’ego i Lisy Gerrard nadszedł czas powrotu twórczego, scenicznego, płytowego. I tak rok 2012 przyniósł pierwszy efekt tego powrotu płytę – „Anastasis”, której prezentacja w trasie przyniosła zespołowi jak się sam wyraził największą przyjemność od początku istnienia duetu/zespołu. Tak oto rok poprzedni zapoczątkował falę, tylko dobrych wydarzeń grupy, bowiem już w chwilę później w roku 2013 wydana została płyta „Dead Can Dance In Concert”. Rewelacyjny album składający się w dużej mierze z songów prezentowanych na „Anastasis”, a także z kilku ponadczasowych szlagierów grupy.

In Concert” jest bezbłędny, kompletny i szaleńczo klimatyczny. Dead Can Dance nie zawodzi, ale przewodzi ze swoim upodobaniem do dźwięków orientalnych, niejako naznaczonych nienazwaną bliżej sakralnością.

Muzyka zawsze oprócz funkcji rozrywkowej sprawiała, że człowiek lgnął do niej jak do strawy duchowej. Rock 'n rolle i inne takie, gdyby powiedzieć kolokwialnie zmieniły postrzeganie muzyki, przesunęły fokus na inne jej funkcje. I tak nagle w XXI w. po falach melodyjnego rocka, dubstepach, reggae, mocnych gitarowych brzmieniach człowiek poszukujący powraca do muzyki jako do źródła natchnienia szukając w niej jakiegoś sensu – bycia tu i teraz.

Dead Can Dance gwarantuje przejażdżki duchowe czy tego chcemy czy nie.
Z „arsenałem” naznaczonych dźwięków z upodobaniem niemalże psycho-maniaka eksploruje brzmienie celtyckie, dawne czy w końcu szeroko pojęte „world music”. Na tym dwupłytowym wydawnictwie znajduje się mnóstwo okazji, aby ponownie usłyszeć niezmiennie doskonały wokal Lisy Gerrard, ale i ze zdumieniem stwierdzić, że Perry wokalnie przerósł sam siebie. „In concert” to płyta, która nie przynosi szczególnie odmiennych aranżacji utworów, które znać możemy już z „Anastasis” czy innych wydawnictw.

 

Najnowsze wydawnictwo powiedziałabym jest nadprogramowe, jest wisienką na torcie i bonusem dla tych, którym takie live’owe uzupełnienie jest potrzebne. Trudno powiedzieć jak solowe projekty Lisy i Brendana wpłynęły na ich myślenie i czucie muzyki, na pewno jednak warto zauważyć, że powrócili spójni i kompletni jak nigdy wcześniej. Trudno zapewne jest przyjąć ten album tym, dla których Dead Can Dance skończyło się w latach 90-tych. Trudność jednak ta nie polega na niekompetencji zespołu czy braku profesjonalizmu, ale na zwykłej, najzwyklejszej wartości sentymentalnej, która usadowiła się na poprzednich albumach grupy. To wartość sentymentalna każe niejako at hoc skazać powrót tej formacji na porażkę, nazwać nieudanym lub zbędnym. Tymczasem „In concert” przynosi rewelacyjnie brzmiące kawałki jak choćby: „The Host Of Seraphin” , „Dreams Made Flesh” z repertuaru efemerycznego projektu This Mortal Coil czy cover piosenki Tima Buckleya „Songs To The Siren”. Szaleńczo porywający jest także „Rakim” z początku albumy, jednakże najmocniejszym elementem jest nieco „okrojony w brzmieniu”, ale bogaty w znaczeniu „Lamma Badda” stanowiący tradycyjną pieśń arabską. Dead Can Dance tym albumem potwierdziło swoją przynależność do muzyki, która wymyka się czasowi i podziałom geograficznym. Jest muzyka jednego miejsca, jednego czasu, jednego zdarzenia. Mam wrażenie, że na tym od lat polega fenomen tego duetu, że tak bardzo są „ponad”, że kompletnie „w”.

Skądinąd to nie lada sztuka powrócić po tylu latach osobnych działań muzycznych i po prostu zabrzmieć. Wszak propozycje tworzenia muzyki filmowej mogłyby DCD wypełnić bez reszty, bez miejsca na powrót sceniczny. Pamiętamy doskonałą ścieżkę dźwiękową do „Baraki” czy wcześniejszą produkcję na rzecz „Moonchild”. Warto „In Concert” przyjrzeć się dokładniej pod względem zawartości. DCD po 16 latach przerwy postanowiło powrócić z materiałem, nowym i świeżym, i tym samym ten materiał zaprezentować na koncertach, znamienny jest fakt, że „In Concert” nie zawiera greatest hits, znamienne jest też to, że najnowsze wydawnictwo jest ubogie w tzw. „pewniaki” z kultowego albumu „Within The Realm of a Dying Sun”. Obok 8 utworów pochodzących z ubiegłorocznej płyty na „In Concert” znajdziemy dwie kompozycje z „Toward The Within” i po jednej ze „Spiritchaser”, „Into The Labirynth” i „The Serpent’s Egg”. Ucho warto również przystawić do kilku wspomnianych i opisanych przeze mnie songów jak chociażby -„Dreams Made Flesh”.

Dead Can Dance In Concert to płyta strawa, płyta zdarzenie, płyta dzięki, której czujemy, że jesteśmy, nie będąc on-line, bynajmniej.

Dead Can Dance

In Concert

PIAS

Źródło: EleWator / Monika Petryczko

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Powrót do góry